piątek, 29 sierpnia 2014

Rozdział Dziesiąty

Z perspektywy Bree.  

Opady deszczu w jesienne popołudnia nie były obce mieszkańcom Doncaster, jednak teraz płaczące niebo zwyczajnie mnie przytłaczało. Nawet ono tęskniło za Wendy.
Nigdy nie była szczególnie ważną osobą w moim życiu, ale stanowiła centrum wszechświata dla Janis. Żaden wszechświat nie może istnieć bez centrum, a skoro centrum jej wszechświata zniknęło, ona sama także rozpadła się na kawałki. Statek bez dna staje się wrakiem. Dom bez fundamentów staje się ruiną. Janis bez Wendy staje się niczym.
Popijając parującą zieloną herbatę, siedziałam w moim ulubionym fotelu i wpatrywałam się w czarny ekran telewizora. Niesforne, pozlepiane kosmyki moich włosów ciągle wędrowały po moim czole, doprowadzając mnie do obłędu, choć starałam się je ignorować.
Oprócz mnie w domu nie było nikogo, ponieważ widocznie tylko ja nie potrafiłam wrócić do normalnego funkcjonowania. Louis, Harry i Travis zajmowali się sprowadzaniem broni spoza kraju. Frank i Allie podobno mieli im pomagać, jednak każdy wiedział, że po prostu rżnęli się w jakimś zaułku. Kevin od samego rana przesiadywał w barze, zatapiając smutki w alkoholu. Noel i Wren kilka godzin temu pojechali do biura Matt'a i Ted'a, by dowiedzieć się od nich kilku rzeczy i przedyskutować parę kwestii. Effie odwiedzała właśnie ojca, którego stan, niestety, nieco pogorszył się, gdy usłyszał o wczorajszych wydarzeniach. Był człowiekiem pełnym empatii i nikt nie mógł tego zmienić, jednak nie powinien zamartwiać się, leżąc w szpitalu. Jego nadmierne współczucie nie przywróci nikomu życia, może jedynie odebrać jego własne.
Rozległo się pukanie do drzwi. Zrzuciłam ciężki, granatowy koc z kolan, odłożyłam kubek na stolik i powlokłam się w kierunku korytarza, w którym stała roztrzęsiona Janis. Głowę miała otuloną brzydkim szkarłatnym szalikiem, przez co ciężko było rozpoznać, gdzie właściwie zaczynają się jej włosy. Wyglądała na dużo starszą, bowiem bardzo prowizorycznie nałożyła swój makijaż. Jej oczy były zapadnięte, a usta, choć stworzone do uśmiechu, nie uniosły się ani raz. Z jej długiej spódnicy kapały strużki wody.
- Pogrzeb odbędzie się jutro - rzekła przez ściśnięte gardło. - Och, Bree. Gdybym tylko zakazała...
- Janis, przykro mi - powiedziałam, zamykając ją w mocnym uścisk. Poczułam drżenie jej ciała i mokre łzy, przedostające się przez cienki materiał mojej koszuli.
- A czy to pozwoli mi ją odzyskać? - zapytała, kryjąc twarz w dłoniach.
Westchnęłam głęboko.
"Oczywiście, że nie pozwoli", pomyślałam, jednak nie wypowiedziałam tego na głos.
Po prostu tkwiłyśmy tak w ciszy przez dłuższy czas. Nie odważyłam się nawet zaprosić jej do środka. 

Jedyną rzeczą, którą mogłam jej oferować w tamtej chwili była moja obecność, a jej najwyraźniej ona wystarczała.
- Obiecaj mi coś - odezwała się w końcu, odrywając swoje ciało od mojego.
- Cokolwiek zechcesz - odparłam, posyłając jej słaby uśmiech.
- Pomścicie ją - zażądała. Nigdy nie widziałam jej tak stanowczej. Byłam gotowa uwierzyć w tę stanowczość. - Sprawicie, by ci mordercy zapłacili za swoje. Przysięgnij.
- Przysięgam - kiwnęłam głową z nadzieją, że dane mi będzie dotrzymać tej obietnicy.
Dopiero wtedy zauważyłam niewielkich rozmiarów walizkę, którą ciągnęła za sobą.
- Nie potrafię zostać w tamtym miejscu - wyjaśniła, wyjąwszy zmiętą chusteczkę z kieszeni. - Mogę zatrzymać się u was?
Kiwnęłam głową, próbując zmusić się do pokrzepiającego uśmiechu. Kobieta leniwie powędrowała w stronę kuchni i po ułożeniu swojego ekwipunku w rogu pomieszczenia, zasiadła przy stole. Otworzyłam lodówkę i wyciągnęłam z niej pudełko, w którym znajdowało się kilka kawałków pizzy sprzed czterech dni, a ponieważ byłam marną kucharką, nie miałam no zaoferowania niczego innego, więc ułożyłam je na talerzu i umieściłam w mikrofalówce. Niech będą chociaż ciepłe. W między czasie przygotowałam kawę. Do obu kubków wsypałam cztery łyżeczki cukru i dolałam trochę whisky zamiast mleka, gdyż zostało ono skonsumowane przez Travisa dzień wcześniej. Postawiłam nasz posiłek na blacie i zajęłam krzesło na przeciwko. Janis ujęła kubek w obie dłonie i skrzywiła się lekko, upijając pierwszy łyk. Żadna z nas nie miała ochoty na pizzę, więc tylko leżała sobie na stole i pachniała.
- Jesteś sama? - spytała, a gdy kiwnęłam głową, dodała - Gdzie reszta?
- Powinni niedługo wrócić - oznajmiłam i dopiero wówczas zdałam sobie sprawę z tego, dlaczego Janis nie potrafi zostać dłużej w swoim mieszkaniu. Nie chodziło wcale o to, że, jak w większości przypadków, wszystko przypominało jej o Wendy, ale o to, że wszystko przypominało jej o tym, że została sama. Po raz kolejny. W naszym domu mogła chociaż poczuć czyjąś obecność, odezwać się, wiedząc, że zostanie wysłuchana.
- Przepraszam za kłopot - wymamrotała nagle. - Zwalam się wam na głowę w takim momencie.
- Nigdy nie będziesz dla nas kłopotem - odparłam, kładąc moją dłoń na jej dłoni.
- Gdybym tylko nie pozwoliła jej iść. Mogłam dmuchać na zimne, to wszystko moja wina, Bree. To ja ją zabiłam - wybuchnęła rzewnym płaczem, a ja nie miałam pojęcia, jak mogę jej pomóc. Ruszyłam więc do łazienki, skąd przyniosłam rolkę papieru toaletowego na otarcie łez. Nie potrafię pocieszać ludzi, zostałam stworzona, by sprawiać, że będą potrzebowali pocieszenia.
- Nie wolno ci się obwiniać - powiedziałam przez zaciśnięte zęby, przypominając sobie, że to ja i Effie nalegałyśmy, by po prostu ją puściła.
- Szkoda, że nie można cofnąć czasu - zachlipiała, mocno wydmuchując nos w pojedynczy listek białego papieru.
- Ja też żałuję, wierz mi - westchnęłam, przysunąwszy sobie kubek do ust. - Ja też.
Po wypiciu "drinków" i wrzuceniu pizzy z powrotem do lodówki, by tam w spokoju uległa rozkładowi w ciągu kolejnych kilku dni, podczas których nikt i tak nie będzie miał ochoty jej zjeść, zgarnęłam walizkę Janis z podłogi i zaniosłam ją do jej pokoju, a kobieta w żółwim tempie powędrowała za mną. Przygotowałam jej ręczniki i zmieniłam pościel na świeżą, by choć dzięki temu mogła poczuć się nieco lepiej. Często u nas nocowała i zwykle traktowała nasz dom jako swój dom, jednak wiedziałam, że wszystko uległo zmianie, bo nie ma już Wendy. Nie miałam zielonego pojęcia, jak z nią teraz rozmawiać. Nie było mi do śmiechu, ale chętnie powiedziałabym jakiś żart dla rozluźnienia atmosfery, czego, niestety, nie mogłam zrobić, by nie wyjść na nietaktowną.
"Ta, bo zabijanie ludzi jest tak cholernie taktowne", mówiło coś wewnątrz mnie, a ja nawet nie starałam się tego uciszyć. "Żyłaś tak bardzo taktownie przez te dwadzieścia lat."
- Zostawię cię samą - powiedziałam i naszła mnie ochota, by strzelić w samą siebie. Bardziej samą niż teraz, Bree? Serio? - Jeżeli będziesz czegoś potrzebować, daj znać.
- Wezmę prysznic i położę się - oznajmiła. - Jestem wyczerpana.
- Racja, przed tobą długi dzień - ugryzłam się w język i wyszłam.
"Przed tobą długi dzień", przedrzeźniałam się w myślach.
Kiedy tylko zajęłam miejsce na sofie w salonie, drzwi wejściowe rozwarły się, a do domu wparowała Effie z papierosem w ustach w towarzystwie schlanego w trzy dupy Kevina i przytrzymujących go Wrena i Noela. Kiedy tylko chłopcy puścili jego ramiona, Segel upadł na podłogę i zasnął na samym środku pokoju.
- Dzisiaj ty go nosisz! - krzyknął zapobiegawczo Parrish, a Keene wywrócił oczami i lekko potrząsnął nieprzytomnym mężczyzną.
Podczas gdy Noel "delikatnie" wnosił Kevina na górę, Wren klapnął na kanapie tuż obok mnie i zagłębił się w Byronie, który widocznie przypadł mu do gustu po wizycie mojej rodzicielki, a siedząca na podłodze Effie bezustannie wzdychała i powtarzała: "Rany, ale z ciebie nudziarz" z nadzieją, że chłopak odłoży lekturę. Cóż, nadzieja matką głupich.
- Janis przyjechała - mruknęłam cicho, rytmicznie stukając palcami w ramię przyjaciela, będącego w tamtym momencie istną oazą spokoju. Czyżby zamienił telewizor na poezję?

- Wiem, widziałam jej samochód - przytaknęła, wypuszczając dym z ust. 
- Odbierając jej Wendy, odebrali jej wszystko - stwierdziłam.
- Pół świata jest pogrążone w żałobie - odezwał się Parrish, na chwilę odrywając się od książki. - Za tym pierdolonym zespołem, oczywiście. Nikogo nie obchodzą te dzieciaki, które zginęły. Media trąbią tylko o tych pedałach.
W imię zasady "Nie masz do powiedzenia niczego dobrego na jakiś temat, nie mów nic" nie skomentowałam tego.
Potrzebowałam zemsty, chciałam jak najszybciej zakończyć tę grę, ale sama nie mogłam nic zdziałać. Wiedziałam, że Effie także nie potrafiła usiedzieć w miejscu. Nie mogliśmy czekać na kolejny atak, udając, że wszystko jest w najlepszym porządku. Zginęło prawie osiemset osób. Za co? Za nas? Chyba nie jesteśmy aż tak cenni. Za miasto? Po chuj tym Kanadyjczykom NASZE Doncaster? Byli zagadką, której nie chciałam rozwiązać. Byli zagadką, którą chciałam zniszczyć.
*
Stałam wyprostowana przed lustrem i przyglądałam się mojemu odbiciu. Ubrałam się w prostą, czarną sukienkę- strój całkowicie stosowny na pogrzeb. Ale jeżeli czerń jest kolorem żałoby, to, cóż, jestem w żałobie prawie cały czas.
Lekko kręcone, ciemnobrązowe włosy spoczywały na moich ramionach i jak sprężyny unosiły się i opadały z każdym moim oddechem. Użyłam szczotki pierwszy raz od odwiedzin mamy, więc sama zdziwiłam się, że potrafią być tak gładkie i posłuszne.
- Bree, schodź już na dół! - usłyszałam zza drzwi.
Zgarnęłam torebkę z łóżka, wcisnęłam do niej paczkę chusteczek i naładowany pistolet, po czym podreptałam do salonu. Effie właśnie zawiązywała krawat Wrenowi, gdyż ten, choć do perfekcji opanował wszelkie możliwe węzły, nigdy nie potrafił zrobić tego sam. Noel sterczał przed lustrem i poprawiał fryzurę, a Kevin z butelką rumu w ręku stał za nim i stroił dziwne miny, mające na celu do reszty wyprowadzić chłopaka z równowagi. Janis wyjechała wcześnie rano, by dopiąć ceremonię na ostatni guzik. Ponieważ Dangersi wspaniałomyślnie zaoferowali, iż również pojawią się na pogrzebie, stali w równym rządku przy drzwiach- wszyscy ubrani w czarne spodnie i czarne koszulki.
- Coście się tak odjebali jak szczury na otwarcie kanałów? - zapytał złośliwie Frank, zdrapując zaschniętą plamę po ketchupie z rękawa.
I przysięgam, że jego życie zakończyłoby się właśnie w tamtym momencie, gdyby Kevin mnie nie przytrzymał. Już sięgałam po broń.
- Odjebaliśmy się jak ludzie na pogrzeb przyjaciółki - warknął w jego stronę Noel. Z całej naszej piątki to właśnie on był najbliżej z Wendy. Była w nim zakochana, ale traktowała to po przyjacielsku. Nie była głupią dziewuchą.

Frank zaśmiał się cicho, a ja poczułam, że za moment wybuchnę. 
- Idę odpalić samochód - mruknęłam, zarzucając cienki płaszcz na ramiona.
 Miałam już dość tych ciągłych kłótni, a prawda była taka, że nie potrafiliśmy się od nich uwolnić. Przyświecał nam jeden cel, lecz przecież nie mogliśmy do niego dotrzeć, co chwilę walcząc między sobą. Żadna sprzeczka nie zaczynała się z jednak naszej strony. Przy śniadaniu Allie potrafiła rzucić się z nożem na Noela, bo on był zbyt zajęty, by podać jej cukier, a Frank prawie udusił Wrena, bo jego przyjaciel nie podał cukru jego dziewczynie. Okazało się, że jedyną bezkonfliktową osobą jest Travis, który jako jedyny starał się nas w jakiś sposób scalić, co i tak dość kiepsko mu wychodziło. Ale liczą się chęci, czyż nie?
Wdrapałam się na siedzenie kierowcy i wcisnęłam kluczyk do stacyjki. Deszcz przestał padać dopiero pół godziny temu, więc na szybie nadal błyszczały małe kropelki wody, które bezlitośnie zmiotłam ze szklanej powierzchni, włączając wycieraczki. Zaśmiałam się do swojego odbicia w bocznym lusterku i z całej siły nacisnęłam klakson. Nie minęły dwie minuty, mój sedan płynął po ulicach miasta.
Zatrzymałam samochód na parkingu przed niewielką miejską kapliczką, przed którą zgromadziła się już grupka przygnębionych ludzi, jednak zapewne przybrali takie miny jedynie na czas ceremonii. Kiedy będzie po wszystkim, obiorą kierunek "klub nocny" i zaczną się bawić, jak zwykle. Janis pozostanie sama w swojej żałobie.
Wyciągnęłam kluczyk ze stacyjki i szybko wyskoczyłam z auta, po czym, nie fatygując się zamknięciem pojazdu, ruszyłam za moimi przyjaciółmi w stronę masywnych drzwi kaplicy, gdzie stała opakowana w długą, czarną sukienkę Janis. Na jej policzkach widniały ślady tuszu, który wraz z łzami spłynął z rzęs. Po kolei uściskaliśmy ją delikatnie, a ona od razu zapomniała o pozostałych gościach i zaprowadziła nas, byśmy zasiedli na swoich miejscach.
W środku było bardzo zimno i ciemno. Mury były grube i surowe, a wysoko umieszczony sufit sprawiał wrażenie niesamowicie ciężkiego. Kilka skąpo ubranych koleżanek z klasy Wendy tłoczyło się w ławce w rogu sali i cicho dyskutowało. Kiedy nas ujrzały, momentalnie zamilkły i zaczęły udawać niezwykle wylewne szlochy.
- Żadnego wstydu - mruknęłam pod nosem, a Wren znacząco wywrócił oczami, po czym obrócił się i wystawił środkowy palec w ich kierunku. Trochę niedojrzale, ale takim dziwkom inaczej nie przegadasz.
- Wendy nawet się z nimi nie przyjaźniła - szepnęła Effie, kiedy Janis poszła powitać swoją zapłakaną ciotkę.
- Ta z Czech nie przyjechała? - spytał Kevin, wsuwając się na swoją część ławki.
- Nie - potrząsnęłam głową na boki. - Jak można nie przyjechać na pogrzeb własnej siostry?
Noel wzruszył lekko ramionami i zaczął bawić się guzikami na rękawach swojej marynarki.
Po kilku minutach zjawili się Dangersi. Ich mocne kroki echem odbijały się od ścian, dlatego słyszeliśmy je, nawet kiedy już się zatrzymali. Louis przed wyjazdem zmienił czarny T-shirt na elegancką białą koszulę i marynarkę.
Uklęknął.
Zrobiłam więc to samo, gdyż uznałam ten gest za stosowny. On cicho się zaśmiał, ale kiedy chciałam posłać mu karcące spojrzenie, ukrył twarz za złożonymi dłońmi i z zamkniętymi oczami zagłębił się w modlitwie.
Allie także uklęknęła.
I nikt poza tym.
W kaplicy zaczęło się gromadzić coraz więcej osób, lecz większości z nich nie znałam. Carl Freeman z żoną i wymuskanym synem, Danielem. Kilku nauczycieli ze szkoły Wendy. Babcia Wendy, o której bardzo dużo słyszałam, lecz nie przypuszczałam, że kiedykolwiek ją poznam. Szwagier Janis z rodziną. Masa koleżanek i kolegów.
A kto przyszedłby na mój pogrzeb? Nie jestem pewna, czy pojawiłby się ktokolwiek oprócz Effie, Janis i chłopaków. Mama? Nie wiem, czy poświęciłaby dzień badań, by przyjechać do Doncaster i złożyć kwiaty na moim grobie. Tata? Na pewno nie! Prawdopodobnie nawet by się nie dowiedział.
I widząc tych wszystkich ludzi, zadałam sobie sprawę, że tak naprawdę jestem gówno warta. A najprostszym sposobem na pozbycie się problemu jest zabicie go. Nie mogłam jednak pozwolić sobie na zabicie tych wszystkich ludzi. Dlatego uciekłam. Wstałam, wzięłam torebkę i powolnym krokiem wymaszerowałam z pomieszczenia. Na zewnątrz było znacznie cieplej niż w środku. Louis wyszedł za mną. Zaczęłam biec, zatrzymałam się dopiero pod drzwiami niewielkiej budy z małym kółkiem na drzwiach. 
Łzy zaczęły szybko wydostawać się z moich oczu, a ja starałam się je powstrzymać. Na ścianie i podłodze znajdowały się białe płytki. Dodatkowo na jednej ze ścian wisiało ogromne lustro, które zbiłam jednym uderzeniem. Na mojej dłoni od razu pojawiła się krew, a ja tylko zaśmiałam się w głos i zrzuciłam odłamki szkła z blatu do umywalki, bym mogła swobodnie usiąść, co też później uczyniłam.
Pojawił się i on. Starannie zamknął za sobą drzwi.
- Co się stało? - zapytał, przyglądając się bałaganowi, jaki zrobiłam.
- Nic - mruknęłam, wycierając łzy wierzchem dłoni. - To damska toaleta.
Obszedł pomieszczenie dookoła i usiadł na przeciwko mnie, opierając głowę o ścianę.
- Zdradzić ci mój sekret? - spytał.
Zapadła chwila ciszy, którą zagłuszało tylko przeciągłe huczenie powietrza w klimatyzatorze i ciche kapanie wody z niedokręconego kranu pomiędzy nami. Podniosłam wzrok. Louis siedział wyprostowany i w skupieniu wpatrywał się w jakiś punkt na ścianie tuż obok mnie. Próbował wejrzeć wewnątrz siebie, jakby sam starał się zgadnąć, co ma mi do powiedzenia. Jakby cały składał się z sekretów. Jakby chciał posiekać swoje życie na małe sekrety i ułożyć je przede mną na talerzu.
- Tę koszulę założyłem specjalnie dla ciebie - szepnął w końcu tak cicho, jakby właśnie wyjawiał mi najważniejszą tajemnicę w całym jego życiu.
"Podano do stołu", zabrzmiał głos w mojej głowie.
- Miałem nawet ubrać krawat, ale nikt nie umiał go zawiązać - uśmiechnął się lekko.
- Tak jest dobrze - powiedziałam bez uczucia.
- Teraz twoja kolej - oznajmił doniosłym tonem, a widząc zdezorientowanie wymalowane na mojej twarzy, wyjaśnił - Chcę poznać twój sekret.
Milczałam.
- W porządku - zeskoczył z marmurowego blatu i powoli potoczył się w stronę drzwi.
- Boję się samotności - wyrecytowałam szybko. - Boję się, że kiedyś zostanę sama, że nikogo obok mnie nie będzie. Że będę kolejnym imieniem i nazwiskiem, które zniknie bez echa. Bo, cholera jasna, chciałabym być czymś więcej niż tylko imieniem i nazwiskiem.
- Dlatego wybiegłaś? - zapytał, odwracając się w moją stronę. - Zdałaś sobie sprawę, jak krucha jest ludzka egzystencja? Jak szybko ludzie od ciebie odchodzą?
- Nie, ale dziękuję, że podałeś mi kolejny powód do płaczu - zaśmiałam się cicho.
- Użyłem słowa egzystencja - oznajmił z dumą. Stał w miejscu i delikatnie kiwał się na boki.
- Wyobraziłam sobie mój pogrzeb - wytłumaczyłam. - Prawie nikt na niego nie przyszedł.
- Ja bym nie przyszedł - powiedział.
- Wiem o tym - kiwnęłam głową.
- Nie potrafiłbym patrzeć na trumnę, wiedząc, że jesteś w środku - dodał. - Martwa.
- Podasz mi papier? - spytałam, bo nie miałam pojęcia, jak mogłabym zareagować. - Wykorzystałam wszystkie chusteczki.
Zniknął za drzwiami jednej z kabin, po czym stanął przy mnie z rolką szarego papieru toaletowego w ręku.
- Kurwa - przeklął, odrywając kawałek i podając mi go. - Jak w Polsce za komuny.
Otarłam nim twarz i owinęłam zranioną dłoń, a Louis odłożył resztę na miejsce. Ześliznęłam się z blatu i stanęłam obok niego.
- Powinniśmy iść na randkę - stwierdził po chwili, unikając mojego wzroku.
- Jak ty to sobie wyobrażasz? - zapytałam. Jego propozycja zabrzmiała co najmniej absurdalnie.
- Poznamy się bliżej, wypijemy drinka albo dwa - wyjaśnił. - Polubisz mnie, bo czasem jestem zabawny.
- Nie wątpię - uśmiechnęłam się blado i złożyłam delikatny pocałunek na jego policzku.
Obróciłam się na pięcie i wyszłam z pomieszczenia.
"Przyszedłby na pogrzeb", zaśmiałam się w myślach. "On by przyszedł".

Z perspektywy Effie

Nie lubiłam cmentarzów, nie lubiłam tej otoczki smutku i żalu, która u większości była po prostu fałszywa.
Większość osób przychodziła tylko po to, aby pokazać jak im smutno i zdobyć najświeższe plotki, by potem powtórzyć je innym.
W swoim życiu byłam tylko na trzech pogrzebach – mojej mamy, choć byłam dopiero noworodkiem, mojej babki Celestyny i Ruperta Jonesa, męża Janis, który zmarł dwa lata temu. To jest czwarty pogrzeb, na którym byłam i tak jak w poprzednich trzech widziałam fałszywość oraz słyszałam ciche szepty ludzi.
Współczułam Janis całym swoim sercem. Widziałam jej ból, który był wręcz namacalny, słyszałam jej szloch, gdy  łzy spływały po jej czerwonych policzkach, rozmazując staranny makijaż. W ogóle nie przypominała silnej, niezależnej kobiety, którą była przed tym feralnym zdarzeniem.
Szkoda było mi Wendy, była wspaniałą dziewczyną o wielkich marzeniach, które były tak samo ambitne jak ona. Chciała zostać lekarzem, pomagać ludziom i nie mieszać się w mroczną stronę naszego miasta. Jednak zakochała się w mroku, kochała osobę, która ten mrok wywoływała, a był nią Noel. Każdy widział jak ukradkiem się mu przyglądała, albo jak czerwieniła się, gdy coś do niej mówił. Noel też to wiedział, ale nie odwzajemniał jej uczucia, chociaż byłam pewna, że trochę go pociągała. Mimo wszystko nawet jeśli by coś do niej czuł, to ich miłość nie miała prawa istnieć, ponieważ po pierwsze Noel miał dwadzieścia jeden lat, a ona szesnaście, a po drugie Wendy zostałaby skazana na życie w mroku. Jednak co z tego skoro i tak zginęła przez mrok?
Spojrzałam ukradkiem na Keene’a, który stał obok mnie, patrząc nieobecnym wzrokiem na białą trumnę przysypaną czerwonymi płatkami róż, gdy rozpłakana Janis kładła na niej białą różę przypominającą perłę. Pamiętam jak przyłapałam Noela i Wendy na pocałunku w jego pokoju. Byłam ciekawa, czy myślał o tym jak mała wydawała się być w jego ramionach i o tym jak smakują jej usta, których już nigdy nie zasmakuje. Co działo się w jego głowie?
Zerwał się zimny wiatr, który kołysał drzewa w rytmie swojej cichej muzyki, której nie mogliśmy usłyszeć. Na niebie pojawiły się ciemne chmury, zwiastujące deszcz, a słońce znikło, pogrążając świat w szarości. 
Wszyscy przebywaliśmy na cmentarzu, czekając na mowę pastora oraz zakopanie trumny. Już za chwilę pożegnamy się z Wendy na zawsze, już nigdy jej nie zobaczymy. 
- Co jest nie tak z Lennon? – wzdrygnęłam się, słysząc szept Harry’ego przy uchu. 
Zmarszczyłam brwi, posyłając mu pytające spojrzenie, a on tylko kiwnął dyskretnie głową w stronę Bree, która ze zdezorientowaniem wymalowanym na twarzy przyglądała się trumnie. 
Wyglądało to bardzo dziwnie i co najmniej upiornie, ale na szczęście nikt nie zauważył jej poczynań, albo raczej nikt nie chciał dać po sobie znać, że to widzi, ponieważ się nas bali. Wszyscy. 
- Nie wiem – odszepnęłam w końcu przenosząc swoją uwagę na Stylesa. 
Wyglądał dziś inaczej, choć wciąż podobnie. To dziwne, prawda? Jednak nie potrafiłam tego inaczej wytłumaczyć, bo gdy stał obok mnie ubrany w dopasowany, czarny garnitur z granatowym krawatem, traciłam rozum. 
- Proszę  państwa, zapraszam Was do tutejszej restauracji, aby zjeść posiłek oraz się pomodlić. Kevin was odprowadzi do wyjścia – upiorną ciszę przerwał głos Bree, która posłała mi nerwowe spojrzenie. 
Janis chciała już coś powiedzieć, lecz Kevin położył dłoń na jej ramieniu, po czym szepnął coś na ucho, sprawiają, że kobieta spojrzała spanikowana na trumnę. Co do cholery jest z nią nie tak?
Ludzie nie protestowali, tylko od razu zaczęli opuszczać cmentarz, garbiąc się, gdy Kevin coś do nich mówił. Nawet nie przejęli się tym, że pastor jeszcze nie przyszedł, tylko posłuchali Bree, jakby myśleli, że za chwilę mogą dołączyć do Wendy. 
Nagle pastor pojawił się obok nas i wyglądał tak, jakby właśnie przebiegł długą drogę. Stanął za trumną i już miał zamiar przemawiać, gdy przerwała mu Bree.
- Trumna jest otwarta. 
- Jak to? – spytałam zbyt głośno, bowiem Styles skrzywił się, gdyż stał zbyt blisko mnie.
Wszyscy patrzyliśmy na trumnę, jakby czekając na coś, co się nie wydarzy. Dopiero po chwili zauważyłam, że zniknęły złote śruby, które powinny być zakręcone.
Frank zrobił pierwszy ruch – chwycił za wieko, po czym uniósł je, ukazując naszym oczom zawartość. I cholera jasna, to nie była Wendy, tylko pieprzony pastor, którego biała szata była całe we krwi, a twarz oszpecona i poraniona. W dłoniach zaś trzymał biblię ubrudzoną czerwoną cieczą, jak prawdziwy męczennik. 
Jeśli tutaj był duchowny, to kto stał nad trumną? Uniosłam głowę, patrząc na „pastora”, a w tym samym momencie pociski kul zaczęły padać w naszą stronę. Janis krzyknęła głośno, biegnąc za Kevinem, który zdążył wrócić i w tym momencie pomagał uciec lekarce.
Wyjęłam pistolet po czym strzeliłam do fałszywego pastora, którego zwłoki wpadły do trumny na tego prawdziwego. Co chwilę robiłam uniki, próbując nie dać się zabić, ale było trudno, ponieważ nie widzieliśmy osób, które do nas strzelały, gdyż chowały się za licznymi nagrobkami i drzewami, których pnie były naprawdę grube.
Poczułam popchnięcie, a po chwili leżałam na ziemi tuż za nagrobkiem, który należał do Will’a Denmana, który umarł rok temu na białaczkę. Skąd to wiem? Miał świetną piekarnię tuż obok sklepu meblowego. 
Sprawcą mojego upadku był Harry, który klęczał obok mnie głośno sapiąc, a jego pistolet był przy jego szybko unoszącej się piersi. 
- To była pułapka – wychrypiał i dopiero wtedy zauważyłam, że miał szeroko otwarte oczy, które biły intensywną zielenią. 
- Co teraz robimy? 
- Zabijemy ich – uśmiechnął się krzywo. – Teraz wyjdziemy z ukrycia i zaczniemy strzelać, dobra? Szybko zgarnij ludzi i uciekamy stąd. Nie damy im rady. 
- Zginiemy, jeśli tutaj zostaniemy, prawda? 
- A jednak jesteś bystra, Bates – zaśmiał się, lecz po chwili spoważniał. – Do dzieła. 
I wyskoczyliśmy ze swojego ukrycia, od razu zaczynając strzelać. Ruszałam się tak szybko, że aż sama się dziwiłam, iż byłam tak zwinna. Odchyliłam się w bok, a kula przeleciała tuż obok mojej głowy, po czym uderzyła w nagrobek, w którym momentalnie pojawiła się dziura. Gdy tylko zauważyłam głowę, która wystawała przy drzewie, pociągnęłam za spust, a po chwili martwe ciało leżało na trawie. Odszukałam moich przyjaciół, którzy także zmagali się z naszymi wrogami. Bree była najdalej, bowiem wraz z Tomlinsonem zmierzała ku wyjściu atakując ich od tyłu. Potem przemieszczała się Allie, Noel oraz Wren, a na końcu Frank, ja i Harry. Kevin już dawno odszedł, aby zapewnić bezpieczeństwo Janis. 
Harry chwycił mnie za rękę i zaczęliśmy biec, gdy Frank nas osłaniał. Mój oddech był przyspieszony, a serce biło tak szybko, że bałam się, iż zaraz wyskoczy mi z piersi. Nie mogłam uwierzyć, że zaatakowali nas w momencie słabości i żałoby. Kto tak do cholery robi? Interesy interesami, ale musi być jakaś wyrozumiałość. 
Pojawiła się mała iskierka nadziei, gdy zobaczyłam samochód, który na nas czekał, a wszyscy znajdowali się już w środku. Allie pośpieszała nas ręką, krzycząc, żebyśmy biegli szybciej, jednak nie mogliśmy tego zrobić, bo zmęczenie zaczęło brać nad nami kontrolę. Rozległ się głośny huk, gdy pocisk trafił w szybę samochodową przez, którą wyglądała Allie, jednak na szczęście zdążyła się schylić i najprawdopodobniej nic jej się nie stało. W końcu udało się nam wpakować do auta, które od razu ruszyło z piskiem opon. Wręcz siedziałam na kolanach Wrena, próbując unormować oddech i patrząc na odłamki szkła, które znajdowały się wszędzie. Przez chwilę było jeszcze słychać strzały, ale potem ucichły, a my byliśmy bezpieczni. 
- Wszyscy są cali? – spytał Louis, który prowadził samochód. 
- Tak – odpowiedział za wszystkich Noel. – Zabierz nas do domu. 
Całą drogę przebyliśmy w ciszy, nikt się nie odzywał, ponieważ byliśmy pogrążeni w swoich myślach. To wszystko nie trzymało się kupy i nie mogliśmy uwierzyć, że tak w krótkim czasie nasza świetność zacznie przemijać. Po raz pierwszy spotkaliśmy się z tak sprytnym i potężnym gangiem, który chciał nas strącić z tronu. Byli pierdolonymi smokami, którzy kochali wszystko podpalać i niszczyć, nie zostawiając po sobie śladów. Nie wiedzieliśmy kto jest w tej grupie, ile mają lat czy jaką mają broń. Żyliśmy w niewiedzy, bojąc się kolejnego dnia, choć nie wypowiadaliśmy tego na głos. Wszystko się nagle zmieniło, a my musieliśmy to zaakceptować, bo nikt nie pytał nas o zdanie. 
Gdy w końcu dotarliśmy do domu, każdy zaszył się w swoim kącie, aby się przebrać oraz wziąć prysznic, zważając na to, że byliśmy brudni i spoceni. Po chwili relaksu pod prysznicem, która, nawiasem mówiąc, była bardzo krótka, ponieważ mamy tylko jedną łazienkę, wszyscy zebraliśmy się w salonie, aby obmyślić jakiś plan, albo cokolwiek, co by nam pomogło. Ale, halo, nic nam nie pomoże!
- Zastanawiam się jak to możliwe, że są zawsze o krok przed nami – rzekł Travis, rozsiadając się wygodnie na kanapie, a Kevin siedzący obok niego skrzywił się, gdy przez jego gwałtowne ruchy parę kropel piwa wyleciało z jego butelki. 
- Albo są chujowo genialni, albo mamy gdzieś tu podsłuch – warknęła Allie, sprawiając, że Bree zasłoniła usta dłonią, próbując jakoś wytrzymać psychicznie. Bardzo to przeżywała, mogłam to zauważyć w jej oczach, albo niepewnych ruchach.
- Musimy ich przechytrzyć, zdobyć o nich informacje i śledzić ich – przemówił Louis, opierając się łokciem o fotel, na którym siedziała Bree. Zdecydowanie był zbyt blisko niej.
- Świetny pomysł, geniuszu, ale, jakbyś nie zauważył, do cholery, nie wiemy, kim oni są i gdzie się ukrywają – syknęłam, bowiem jego tok myślenia był zabójczo głupi.
- Więc się dowiemy, to łatwe – burknął urażony moim słowami. – Wyślemy ludzi, aby zaczęli węszyć. 
- Świetnie – klasnął w dłonie Frank, po czym wstał na równe nogi. – Poślę ludzi, aby przeczyścili miasto i im pomogę. 
- Ja zorientuję się, jak stoimy z bronią – zgłosił się Wren.
- Za to ja sprawdzę, co dzieje się w naszym drugim magazynie i jak trzymają się ludzie – tym razem przemówił Travis, a Noel pokiwał głową i zdecydował się do niego dołączyć. 
- Zbadam sytuację z Wendy, postaram się dowiedzieć, gdzie zniknęło ciało – Allie uśmiechnęła się delikatnie, próbując jakoś poprawić nam humor, ale nie było takiej możliwości. – Kevin, idziesz ze mną?
Segel niechętnie się zgodził i odsunął już pustą butelkę od ust, po czym wstał, rozciągając się, a do naszych uszu dobiegł trzask jego kości. 
- Zobaczę jak trzyma się Janis – powiedziała cicho Bree, a Louis położył dłoń na jej ramieniu, delikatnie je pocierając. Zabieraj te łapy, Tomlinson!
- A ja zaszyję się w swoim pokoju – uśmiechnęłam się sztucznie, ponieważ granie zorganizowanej szło mi słabo. – Bez odbioru. 
Po tych słowach wyszłam z salonu i weszłam po schodach do swojego pokoju, w którym od razu przywitała mnie błoga ciemność. Usiadłam na łóżku, odpalając papierosa, którym po chwili się zaciągałam, próbując wyrzucić z mojej głowy nieprzyjemne myśli. Powinnam teraz siedzieć przy moim ojcu i czytać mu nowinki sportowe, a nie zastanawiać się, gdzie jest ciało Wendy i w jaki sposób po raz kolejny udało mi się oszukać śmierć. 
To wszystko było zdrowo popieprzone i jedyne czego oczekiwałam to wyjaśnienia, dlaczego to nas spotkało. Dlaczego Janis musiała stracić Wendy, a potem jej ciało? Dlaczego mój tata musiał przebywać w szpitalu? Kto pozwolił komukolwiek wysadzić moich ludzi? Czy to był cholerny żart?! Bo jeśli tak, to wcale nie był śmieszny, albo po prostu miałam jakieś nienormalne poczucie humoru.
- Mogę przeszkodzić? 
W ciemnościach o dziwo rozpoznałam sylwetkę Stylesa, choć na pewno bym tego nie zrobiła, gdyby się nie odezwał, bowiem nie pomyliłabym jego głosu z żadnym innym.
- Jeśli musisz. 
- Nie muszę, ale chcę. 
Materac ugiął się, gdy usiadł obok mnie, a następnie wyjął z moich ust papierosa i włożył go do swoich. Patrzyłam na niego jak zaczarowana, gdy wciągał dym do swoich ust, kochając się ze szlugiem. Mimo ciemności jego oczy błyszczały, a usta były pięknie czerwone, jakby przed chwilą jadł truskawki, a to jeszcze bardziej mnie kusiło, aby go pocałować. Jednak nie mogłam, nie po tym jak mnie potraktował, prawie udusił, nazwał suką. Choć w tej chwili to nie miało znaczenia, bo po raz kolejny straciłam rozum. Dlatego nie opierałam gdy położył dłoń na moim karku i przyciągnął moją twarz do jego tak, że stykaliśmy się nosami. 
Zamknęłam oczy i otworzyłam delikatnie usta, gdy wydmuchiwał dym do moich ust, które tylko czekały na boleśnie piękny pocałunek. Pragnęłam go każdą częścią mojego ciała, każdym nerwem, który buntował się, tylko po to, aby szanowny Harry Styles go pieścił. 
- Nie będę Cię przepraszał, Bates – szepnął, gdy wdychałam jego cudowny zapach. – Jednak wiedz, że cholernie mi przykro i to co teraz zrobię będzie najbardziej szczerą rzeczą w moim życiu. 
A potem czułam tylko jego usta napierające na moje, które błagały o chwilę uwagi i do cholery nie mogłam im jej nie dać, więc oddałam pocałunek równie mocno oraz desperacko. Na początku ssał delikatnie moją dolną wargę, po czym przyssał się do górnej, a na koniec przejechał po nich językiem, prosząc o wejście do środka, które od razu mu udzieliłam. Nasze języki muskały się rytmicznie, a w tym samym czasie nasze dłonie wędrowały po naszych ciałach. To była słodka tortura, ponieważ gdy mnie tak mocno całował i gdy jego dłonie pieściły mój brzuch i biodra, czułam jakbym miała zaraz eksplodować z przyjemności. 
A to tylko kawałek nieba, który Harry Styles mógł mi podarować.

Od Autorek:
Słuchajcie! Mamy Wam coś... Yyy... Bardzo ważnego do powiedzenia. Zupełnie prosto od siebie... BĘDZIE DOBRZE. Musicie nam zaufać. Trzymajcie się na pewno...
Witamy w rozdziale dziesiątym. Rany, jak to szybko zleciało, co?
Jak widzicie, rozdział żałobny. Co sądzicie o rozmowie Lou i Bree? I o pocałunku Effie i Harry'ego? Macie pomysł, jak dalej potoczą się ich losy? I przede wszystkim, jakie jest Wasze zdanie na temat całej sytuacji, która miała miejsce na cmentarzu? Piszcie w komentarzach.
Teraz chcemy Wam podziękować, za to, że przekroczyliście 20 tysięcy wyświetleń. Coś niesamowitego, naprawdę. Jesteśmy Wam bardzo wdzięczne, że tak tłumnie przybywacie na City Of The Fallen.
I mamy do Was pytanie o treści następującej: Czy życzylibyście sobie, abyśmy utworzyły konto bloga na asku? Żebyście mogli pobawić się w zadawanie kreatywnych pytań bohaterom i tak dalej? Jeżeli wyrażacie chęć, piszcie.
Aha, rozdział dedykujemy Basi, która ma CYTATY z naszego opowiadania napisane NA ŚCIANIE o.O Jeszcze dochodzimy do siebie po tej informacji :)
I to tyle. Oczywiście, stara śpiewka, prosimy o WIĘCEJ komentarzy!
Życzymy miłego poniedziałku i udanego pierwszego tygodnia szkoły!
Do następnego!
PS Wszystkiego najlepszego, Liam :)

19 komentarzy:

  1. O rany
    Dedykacja dla mnie
    Jak strasznie się cieszę
    Rozdział jest super
    Czy przemyślałyście moją propozycję od nośnie tych faktów
    Bardzo bym chciała aska bloga
    I jeszcze chciałam bym wam powiedzieć że jest w was coś fajnego czego nie ma na innych blogach
    Bo wy nigdy nie narzekacie na rozdziały które nam pokazujecie
    W żadnej notce nie napisałyście jeszcze że wam się cokolwiek nie podoba w tym rozdziale
    I to dobrze bo to znaczy że jesteście pewne swojego produktu
    A jest czego
    Bardzo dziękuję za dedykację to dla mnie dużo znaczy
    Wam też życzę miłego powrotu do szkoły
    I mam nadzieję że przez to nie ucierpi częstość dodawania rozdziałów
    Idę jeść obiad
    Pa
    Basia

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejku, to na prawdę jest świetne ♥
    Czekam na next :)

    +zapraszam do mnie :) http://love-the-way-you-lie-fanfiction.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny rozdział, czekam na następny <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy jestem jedynym chłopakiem , który to czyta ?
    Haha , chyba tak , ale to jest serio zajebiste i nie da się od tego oderwać .
    Znalazłem to wczoraj . Podoba mi się strasznie , a nawet nie jestem Directionerem , czy jak to tam się nazywa . Ten blog to świetna alternatywa od wszystkich nudnych książek , które mam na półce w domu .
    Uwielbiam postaci męskie , które stworzyłyście . Najbardziej Kevina i Travisa . Są tacy pozytywni i pokręceni . A Noel i jego kot ! Rany , chyba sam kupię sobie kota i nazwę go Adolf . Matka wyrzuci mnie z domu , ale co mi tam .
    Moim ulubionym momentem na blogu było to , jak ... Nie umiem wybrać ulubionego momentu .
    Dziewczyny , wyjdziecie za mnie ? Obie ? Proszę ?
    Jesteście super , wymiatacie !
    I wygrajcie ten chory , ustawiony konkurs , bo oszaleję !
    - Dominik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie jesteś jedynym chłopakiem, który to czyta.
      Pozdrawiam!
      Kacper

      Usuń
  5. Super, jak zawsze

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetny rozdział ;) Do następnego :p
    M.

    OdpowiedzUsuń
  7. Genialny rozdział! ^^
    Szkoda mi że zmarła Wendy. :( Ale zastanawia mnie czemu zniknęło jej ciało? :/
    Louis i Bree obowiązkowo muszą iść na randkę! :D
    Harry i Effie-kurde ..... Kiedy oni w końcu przyznają się do tego co do siebie czują? ;)
    Popieram wasz pomysł co do aska. :)
    Pozdrawiam i do następnego! :*
    Weny wam życzę. <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Gratuluję! Zostałaś nominowana do Liebester Award na moim blogu: http://bomarzeniazostajom.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. cud miód i malina :D czekam na nexta :*

    OdpowiedzUsuń
  10. Zajefany rozdział mimo pogrzebowej tematyki; pary jasne muszą być razem, a pytania i odpowiedzi dotyczące fabuły to jest dobry pomysł - będzie jeszcze więcej się działo, pozdrawiam i czekam na następny :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Swietny i w dodatku bardzo orginalny!!

    OdpowiedzUsuń
  12. Jestem na telefonie, więc komentarz będzie dziwny. Także zaczynając od perspektywy Bree - lubię ja. Nie wiem, jest taka na pozór odpowiedzialna, na pozór. Jej przemyślenia odnośnie swojego własnego pogrzebu były ciekawe... To znaczy.... Każdy by chyba chciał sie dowiedzieć, kto i czy w ogóle ktoś przyjdzie na jego pogrzeb. Ale przecież nie da sie tego dowiedzieć, chyba ze upozoruje sie własną śmierć. Louis wydaje mi sie być taki.. No kurde nie wiem, może on jjakoś rozswietli życie Lennon? Fajnie byłoby przeczytać o ich miłej randce :)
    Cala ta sytuacja z Wendy i brakiem jej ciała w trumnie..szczerze? Mam takie dziwne odczucia, bo istnieje prawdopodobieństwo, że ten nowy gang po prostu ukradł jej ciało by ukazać jacy sa oni źli i ze zdolni sa do wszystkiego albo, co byłoby ciekawe, Wendy zyje i jest zakładniczką LUB sama jakoś tym wszystkim kieruje. Wiem ma/miała tylko 16 lat, ale wszystko jest możliwe. Może po prostu wlasnie upozorowała własną śmierć by osłabić psychicznie przyjaciół swojej matki i zaatakować? Albo jakiś chłopak młody jest w tych "smokach" i bardzo sie jej podoba więc wykonuje jego zachcianki.... I znowu, wszystko jest możliwe.
    Pocałunek Harry'ego i Effie? Super swietnie fajnie, jednak ja bym mu ot tak nie wybaczyla gdyby nazwał mnie suką... Okay to Harry Styles, ale bez przesaadzie to piatkow w bedebędę wyczekiwac teraz jeszcze bardziej bo noqynowy rozdzial tutaj bbędzie, mam nadzieję.:)
    Także wam też życzę miłego pierwszego tygodnia szkoły. Pozdrawiam i całuje xx

    OdpowiedzUsuń
  13. Ten rozdział należy do moich ulubionych. Szczególnie to w jaki sposób zachowuje się Louis przy Bree, jest taki miły - zupełnie jak nie on.
    Sytuacja na cmentarzu - to chyba nic nowego biorąc pod uwagę jak czarne i pełne niebezpieczeństw prowadzą życie :/
    Harry i Effie - perfekcyjni, Harry jest perfekcyjny, shippuje ich, moja ulubiona para ♥
    Szkoda jest mi Wendy, chociaż nie wiem czy to wszystko z jej śmiercią, napadem etc. jest prawdą :/ Dowiemy się szybko mam nadzieję C: Co do aska - pewnie, całkiem dobry pomysł :) Pozdrawiam cieplutko ♥♥♥ xx

    OdpowiedzUsuń
  14. Jak w Polsce za komuny...
    Jezu, jebłam.
    Dziewczyny, wiecie, że macie duży talent, więc o tym nie będę pisać po raz kolejny.
    WRESZCIE! WRESZCIE! Zaczęło się coś dziać między Lou i Bree.
    Wcześniej niby się pocałowali i w ogóle...
    TAK, powinni iść na randkę. Koniec. Kropka. I finito.
    Co do Effie i Hazzy, oczywiście są genialni, jestem za nimi i wgl, ale Bree i Louis to jest po prostu poezja. Jeszcze nic poważnego się pomiędzy nimi nie stało, a tak bardzo ich razem kocham, że to jest niesamowite.
    Co do aska- świetny pomysł.
    I w ogóle... Ach, rozpływam się... <3
    MAJĄ ODDAĆ WENDY!
    Przypuszczam, że ona wcale nie umarła. I upozorowała śmierć. Chuj z tym, że ma dopiero 16 lat. Ja też mam tyle i byłabym w stanie upozorować moją śmierć. Żartuję, nie byłabym, ale pierdolić to ;)
    Jesteście świetne, naprawdę. RANY *____*
    Zajebiste jest to, że rozdziały dodajecie w piątek i jak teraz zacznie się szkoła, to będzie jakieś pocieszenie po powrocie ze szkoły... HIP HIP!
    Trzymajcie się!
    ~Alicja

    OdpowiedzUsuń
  15. Matko! Czy ja nadal żyję?! Kocham ten rozdział za wszystko! Nawet nie wiem od czego zacząć, ale cholernie mi się podobają przemyślenia Bree na pogrzebie, tak mną tu ruszyło, że sama zaczęłam się zastanawiać, czy ktoś przyjdzie na mój pogrzeb, nie nie wartej dziewczyny ;d
    Uwielbiam w tym rozdziale Louisa, zachował się naprawdę w porządku i widać , nawet ślepiec by wiedział, że ta dwójka za sobą szaleje i dąży naprawdę do czego wielkiego. Bo jak coś może być nie wielkiego i pięknego z tą dwójką? Niemożliwę oni sami w sobie już mają coś pięknego ;d

    - Boję się samotności - wyrecytowałam szybko. - Boję się, że kiedyś zostanę sama, że nikogo obok mnie nie będzie. Że będę kolejnym imieniem i nazwiskiem, które zniknie bez echa. Bo, cholera jasna, chciałabym być czymś więcej niż tylko imieniem i nazwiskiem.
    Te słowa są tak prawdziwe, aż zakuły w serce i uwielbiam jak w tym opowiadniu sprawiacie, że można odnaleźć część siebie i wszystko jest tak życiowe, że można się wczuć w ich uczucia i to sprawia, że ten blog jest najlepszy!
    I to co się stało na cmentarzu, z każdym rozdziałem ryjecie mi psychikę i jak iditoką zastanawiam sie co dalej. Bo tego nie da się przewidzieć i kolejny dowód na to, że jesteście najlepsze!
    I na koniec kolejny zawał serce, rozpierdoliło mnie to kolejny raz i przysiegam, kiedyś przez was wyląduję pod ziemią, ale to z samego zachwytu;d
    Nawet nie umiem wyrazić jak Iza mój mistrzu stworzyłaś tą dwójkę tak popraną, tak piękną dwójkę. Pierdolą się, chcą się zabic, całują się, kurwa to jest tak mocno powalone, że aż nie może być lepsze! uwielbiam ich i nigdy nie uda mi sie wyrazić jak bardzo!
    to był piękny, cholernie dobry rozdział! Kłaniam sie! Uwielbiam was :*
    Pozdrawiam x

    OdpowiedzUsuń