niedziela, 19 października 2014

Rozdział Szesnasty

Z perspektywy Bree.

"Załatwione, mamy przyprowadzić go do dwóch godzin" pojawiło się na ekranie mojego telefonu komórkowego, a ja nerwowo przeciągnęłam palcem po ekranie i pospiesznie usunęłam wiadomość.
Oparta o parapet, z nosem przylepionym do brudnej szyby oglądałam migające nad horyzontem słońce, czekając, aż Noel się obudzi.
Jego pokój był małą przestrzenią zagraconą całą kolekcją kiczowatych antyków, które tak naprawdę nie miały dla niego żadnego sentymentalnego znaczenia. Rep­li­ka ręcznie zdo­bione­go, wik­to­riańskiego fo­tela stała tuż obok prak­tyczne­go, składa­nego krzesła z początku dwudzies­te­go pier­wsze­go wieku. Obyd­wa przyk­ry­wała gru­ba war­stwa kurzu, ponieważ Noel nie potrafił utrzymywać w porządnym stanie niczego, co nie było jego twarzą.
Jego głowa, owinięta ciasno białym bandażem, spoczywała na sflaczałej poduszce. Zaraz obok niej leżał Adolf i miauczał z każdym oddechem wykonywanym przez Keene'a, co okropnie mnie denerwowało.
Sporą część czasu Noel poświęcał właśnie na sen, ponieważ nie był w stanie zająć się niczym innym. Każdy krok sprawiał mu ogromny ból, a czasem całkiem tracił czucie w nogach i upadał na ziemię bez możliwości samodzielnego powstania.
- Cześć Bree - wyszeptał słabym głosem, a ja gwałtownie obróciłam się w jego stronę.
Jego włosy sterczały na wszystkie strony, pod jego lewym okiem widniał siny ślad po uderzeniu, a jego usta były spierzchnięte i blade. Posłał mi lekki uśmiech, po czym wykrzywił się z bólu, kiedy usiłował usiąść.

- Jak tam? - spytałam, siadając na małym taboreciku obok łóżka, z którego miejscami zdzierała się już jaskrawopomarańczowa farba. - Bardzo cię boli?
- Już coraz mniej, dziękuję.
Kłamał.
- Perspektywa śmierci potrafi pobudzić człowieka do życia - stwierdził. - Możesz podać mi coś do picia?
Na starej, przedwojennej szafce nocnej w barwne kwiaty, które stanowiły bardzo męski dodatek do całego wnętrza, stała półlitrowa, po części opróżniona już butelka wody niegazowanej, więc odkręciłam zakrętkę i podałam mu ją. Trzęsącymi się dłońmi chwycił plastik, a ja odwróciłam wzrok, nie chcąc patrzeć, jak się męczy. Jestem tchórzem.
- Przepraszam, że musieliście przeze mnie walczyć - wydukał w końcu. - Byłem taki nieodpowiedzialny.
- Noel, to nie jest twoja wina, dobrze o tym wiesz - westchnęłam. Nie mogłam uwierzyć, że jeszcze obwinia się o to, co mu się przytrafiło.
Oplótł mnie swoim spojrzeniem niczym pajęczą siecią, tkaną latami zaufaniem i bezgraniczną miłością. Był cudownym przyjacielem i wiedziałam, że zrobiłby dla mnie wszystko. Mógbły poświęcić się dla nas znacznie bardziej, niż my kiedykolwiek poświęciliśmy się dla niego.
- Wiesz, dlaczego wyszedłem z domu, prawda? - spytał, odwracając wzrok i poszukując nim przeszłości.
- Wendy - mruknęłam.
- Umarła - powiedział, jakby nadal nie mógł w to uwierzyć i utwierdzał w sobie tę świadomość. - Była żywa i już nie jest. Wiesz... Coś nas łączyło. To nie było mocne uczucie jak to pomiędzy tobą i Tomlinsonem czy nawet Effie i Stylesem. To było bardziej dyskretne. Nie mógłbym z nią być, bo... Po prostu.
Uświadomiłam sobie wówczas, że tak naprawdę nie kocham go ani za szcze­ry uśmiech, ani za poczu­cie humoru, ani za głos, który da­je ta­kie ukojenie, ani za to urocze za­gubienie w oczach, kiedy nie wie jak powinien się zachować. Kocham go za to, że jest Noelem Keenem - moim przyjacielem, który nie potrafi rozmawiać na poważne tematy, bo wtedy zawsze brakuje mu słów.
- Wiem - kiwnęłam głową, nie siląc się na żaden ambitniejszy gest. Nie potrzebowałam doprecyzowania. Znałam relację, jaka pomiędzy nimi istniała i wiedziałam, na czym się opierała, dlatego jakiekolwiek objaśnienia w tej sytuacji były zupełnie zbędne.
Telefon w mojej kieszeni zaczął wibrować jak szalony, a ja poderwałam się z miejsca, pożegnałam się szybko z przyjacielem, obiecując, że wpadnę do niego później i zbiegłam na dół.
W kuchni siedział Louis z komórką, która w jego ręku wyglądała na bardzo ciężką. Wiedziałam dlaczego. Miejsce obok niego zajmowane było przez Travisa, będącego akurat w trakcie spożywania sezamowej bułki wypchanej jakąś sałatą. Jego oczy śmiały się z niewiadomych przyczyn, a nogi pod stołem tupały w nieznanym dla nikogo rytmie.
"Już niedługo", pomyślałam.
Było mi wstyd, bowiem wiedziałam, że to, co wymyśliliśmy jest potworne, jednak wydawało mi się, że nie mamy innego wyjścia. Musimy jak najbardziej zacieśnić krąg ofiar, a Travis jest zbyt cennym zawodnikiem, by narażać go na niebezpieczeństwo.
- Jedziemy się trochę rozejrzeć? - spytałam, udając, że kompletnie nic się nie dzieje, a nasze spotkanie w kuchni to czysty zbieg okoliczności. Rzecz w tym, że zbiegi okoliczności po prostu nie istnieją.
Tomlinson kiwnął głową i podniósł się z krzesła, przesuwając je z hukiem, na co naprawdę bardzo chciałam jakoś zareagować, ale zwyczajnie nie miałam siły, by cokolwiek powiedzieć.
- Chodź z nami, możesz się przydać - zwrócił się do przyjaciela, który niechętnie odstawił niedojedzoną kanapkę na blat i powolnym krokiem skierował się w stronę drzwi.
Po drodze wrzucił na siebie ciężki, ciepły, stary płaszcz z dziurami zamiast kieszeni i kurzem zamiast futra, a także schylił się, by dokładniej zasznurować poobijane buty. Z jednego z nich wystawał długi, biały papieros. Może mu się przydać.
- Gdzie jedziemy? - spytał, zamykając drzwi.
Gdybyś wiedział, na pewno byś się nie zgodził, przyjacielu.
Usiadłam za kierownicą samochodu Effie z nadzieją, że nie będzie miała mi za złe tej drobnej pożyczki. Kochałam ten wóz. Obok mnie usiadł Travis, a na kanapę z tyłu wdrapał się Louis, ponieważ uznał, iż ostatni kurs jego przyjaciela musi przebiec w jak najbardziej komfortowy sposób.
Wyjechałam na puste miejskie ulice i w skupieniu kręciłam drążkiem do zmiany biegów, przeskakując z trójki na dwójkę, choć teoretycznie wcale nie musiałam tego robić.
Reaser oddychał cicho i miarowo. Jeżeli oddech może być piękny, jego zdecydowanie był. Smutek zalał moje ciało i zaczął drążyć kolejną czarną dziurę w mojej czarnej duszy, jakby te, które już posiadałam nie były wystarczające. Poczułam narastającą wściekłość i spojrzałam wymownie na Tomlinsona z nadzieją, że w magiczny sposób zapomni o całym zajściu i będziemy mogli w trójkę wrócić do domu.
Udał, że nie zauważył.
Ale zauważył.
Zignorował.
W porządku.
Zatrzymałam pojazd na wybrukowanej brzydkim czarnym kamieniem ścieżce przed wejściem na komisariat policji w Doncaster. Z trudem powstrzymałam się od śmiechu, widząc przewrócony kosz na śmieci przy głównej bramie i pokryte bohomazami ściany budynku. Ochrona miasta na najwyższym poziomie!
- Co my tu robimy? - spytał Travis, rozglądając się dookoła.
- Musimy coś zostawić  - powiedziałam pospiesznie, po czym wszyscy opuściliśmy auto.
Widziałam niepewność w jego oczach, kiedy zbliżaliśmy się do pomazanych ciemnym markerem schodów instytucji, która od lat marzy, by nas schwytać i zamknąć za kratkami do końca życia. Na marzeniach jednak się kończy.
Kiedy weszliśmy, tłusty policjant z nalaną twarzą i dziewiczym wąsikiem rozrastającym się pod jego nosem zbadał nas wzrokiem i przerażony schował się pod ladę, udając, że upadł mu długopis. Drobna sprzątaczka o mysich włosach i króliczym uzębieniu ukryła się w składziku na miotły. Co za pierdolona amatorszczyzna!
- Witam - przed nami stanął muskularny stróż prawa w mundurze, któremu brakowało dwóch guzików i plakietką nalepioną na lewą pierś, obwieszczającą wszem i wobec, że imię, jakie zostało mu nadane przez rodziców, brzmi "Terry". Całkiem przerażające.
Louis kiwnął głową, więc zorientowałam się, że to właśnie z nim załatwiał wszystkie sprawy dotyczące Travisa.
- Bierzcie go - rzekłam, siląc się na najchłodniejszy głos, na jaki tylko było mnie stać. Pękało mi serce, ale występ musiał trwać.
Tomlinson chwycił przyjaciela za ramię, mocno zaciskając paznokcie na jego skórze i z całej siły pchnął go w stronę dwóch innych policjantów, przez co upadł na podłogę. Mężczyźni podnieśli go z niej i po chwili zaczęli się z nim szarpać. Obrócił się w naszą stronę. Jego wzrok był smutny i wiedziałam, że miał nas za zdrajców, jednak miałam nadzieję, że kiedyś będzie w stanie nam przebaczyć. 
- Co jest kurwa?! - wrzasnął zdezorientowany chłopak, wyginając się pod dziwnym kątem, by wyswobodzić się z uścisku goryli.
- Możecie być pewni, że jest winny każdej zbrodni, o jaką go posądzicie - skrzyżowałam ręce na piersiach.

- Pierdoleni oszuści! - krzyknął. Widziałam łzy w jego oczach. - Nienawidzę was!
- Wywiązaliśmy się z umowy, teraz wy wywiążcie się ze swojej - warknął Louis głosem za bardzo łamliwym, by uwierzyć, że jakoś się trzyma. Umowa, o której mówił była jedną wielką ściemą, jednak nie chcieliśmy, aby myśleli, że samym zabraniem go do paki oddają nam przysługę.
- Obiecaliśmy - Terry wzruszył ramionami, po czym zwrócił się do swoich kolegów po fachu - Do celi z nim.
Patrzyłam, jak go zabierają i ledwo powstrzymywałam łzy. Mocno chwyciłam rękę Tomlinsona, czując, że nie mam siły.
Travis odwrócił się ostatni raz, a ja skinęłam głową, chcąc mu przez to dać znać, aby się poddał, co o dziwo zrobił. Szedł ze spuszczoną głową i już się nie oglądał, nienawidził nas. Czułam poczucie winy, które zżerało mnie od środka i chciałam wierzyć, że to co zrobiłam było słuszne.
Louis mocniej ścisnął moją dłoń.
- Kiedyś zrozumie - wyszeptał i zamknął mnie w silnym uścisku.
Musi zrozumieć.

Z perspektywy Effie. 

Ten dzień był taki sam jak poprzednie i nic nie wnosił do mojego życia. Można by rzec, że nie stało się nic tak pozytywnego, co by wpłynęło na moje samopoczucie, które z dnia na dzień było coraz gorsze, choć mój tata i Janis zgodzili się wyjechać, co było niebywałym wyczynem, bowiem przekonanie ich do tego graniczyło z cudem. Na szczęście Harry'emu, mnie i Wrenowi udało się wpoić mi pewne oczywiste fakty, a mianowicie, że jeśli nie wyjadą to zginą, a my nie chcieliśmy tracić następnych bliskich osób. Oczywiście po wielu męczących kłótniach oboje ulegli i z wielką niechęcią przystali na każde nasze żądanie.
I teraz, gdy wiedziałam, że są już w połowie drogi do nowego domu, czułam ulgę, bo byli bezpieczni i nic nie mogło im zagrozić. Dlatego też w przypływie kompletnego relaksu przechadzałam się po swoim pokoju, paląc pomału papierosa, ponieważ wiedziałam, że Smoki mogą poczekać jeszcze minutę zanim zafundują mi kulkę, która wleci przez otwarte okno.
W moim prywatnym królestwie panował okropny bałagan, nic nie było na swoim miejscu, a pod łóżkiem swoje życie wiodły pajęczaki, których nienawidziłam i brzydziłam się jak niczego innego. Prawdopodobnie powinnam posprzątać ten bajzel, ale szczerze mówiąc nie miałam na to czasu, przecież byłam tak cholernie zapracowaną kobietą!
Lewy kącik moich ust uniósł się nieznacznie do góry, gdy spostrzegłam na łóżku maskotkę, którą dostałam od Harry'ego. Żyrafa patrzyła na mnie zaczepnie, chcąc, abym przypomniała sobie dzień, gdy ujrzałam ją po raz pierwszy, chociaż właściwie za każdym razem te wspomnienie było tak wyraźne, jakby działo się to wczoraj. Pamiętałam jego piękny uśmiech, to jak próbował ze mną flirtować, co jak zwykle zakończyło się niepowodzeniem, uroczy gest z jego strony, a potem gdy zabrał mnie do łóżka. Jedne z lepszych wspomnień, które były z nim związane.
- Próbujesz zrobić komorę gazową ze swojego pokoju?
Spojrzałam w kierunku drzwi, przy których stał Styles, kręcąc rozbawiony głową. Nie miałam pojęcia jak udało się mu wejść tak cicho, że go nie usłyszałam, dlatego zwaliłam to na odtwarzacz, który właśnie wypuszczał kolejne cudowne nuty piosenki, którą uwielbiałam za jej świetne brzmienie.
- Tak - pokiwałam głową, uśmiechając się. - Rozwiązałeś zagadkę. 
- Wiedziałem, że jestem dobry w krzyżówkach - zaśmiał się, rzucając na moim łóżku jakby było jego. - Masz lepszy humor.
- To tylko pozory, Styles. Nie wiesz, co siedzi w mojej głowie - ułożyłam się obok niego, wcześniej gasząc papierosa w popielniczce.
- A tu Cię zaskoczę, bo wiem. Jestem pewien, że teraz układasz sobie plan zabicia jakiejś osoby i zgaduję, że tą osobą mogę być ja.
- Skąd ta pewność, że to możesz być ty? - uniosłam jedną brew ku górze, ponieważ jego domysły były nieprawidłowe, gdyż nie myślałam o zabiciu nikogo (nie licząc Smoków), tylko właściwie o własnej śmierci.
- Bo to zawsze jestem ja - wyszczerzył się. - Ale wiem, że zanim pomyślisz o zabiciu mojej wspaniałej osoby, to zmiękniesz, bo skrycie się we mnie podkochujesz.
Zaśmiałam się głośno, ukrywając twarz w poduszce, ale o dziwo to był nerwowy śmiech, który u mnie nie występował zbyt często, ostatni raz śmiałam się tak w liceum, gdy Michael Jonson powiedział mi, że widział mnie pod swoim domem o północy i cholera byłam tam, bo się w nim kochałam. Czy to możliwe, że mogłam darzyć podobnym uczuciem Harry'ego? Jasne, a Bree jest zakonnicą.
- Jak zwykle za dużo sobie wyobrażasz.
- To nie wyobrażenia, Bates - szepnął, kładąc jedną ze swoich dłoni na moim biodrze.
Leżeliśmy naprzeciwko siebie, patrząc sobie w oczy, jakbyśmy szukali tam odpowiedzi na wszystkie męczące nas pytania. On kontra Ja, jego emocje naprzeciwko moich i świat, który nagle się zatrzymał.
Uwielbiałam jego urodę, jego czuły, ale stanowczy dotyk, miękkie usta, dołeczki w policzkach, które ukazywały się, gdy się uśmiechał i ten dziki blask w oczach. Był księciem ciemności. 
Bawił się moim włosami, co było niezwykle miłe, zważywszy na to, że nikt tego nie robił. Lubiłam jak ktoś mnie pieścił i się o mnie troszczył.
- Chcesz poznać sekret? 
Skinęłam głową, bowiem byłam zbyt oszołomiona, aby coś z siebie wydusić. Przełknęłam głośno ślinę, widząc jak pomału oblizał usta, po czym rzekł:
- Będę królem, gdy ta cała szopka się skończy, a ty będziesz królową.
A potem pocałował mnie z taką pasją jakiej nigdy wcześniej u niego nie widziałam, choć może lepszym słowem byłoby "czułam". Mogłabym rzec, że rozpływałam się, gdy nasze usta stykały się, a dłonie wędrowały po ciele, poznając nowe zakamarki, chociaż właściwie byliśmy już obeznani w swoich ciałach, o dziwo. 
Z ręką na sercu mogłam przyznać, że serce zabiło mi trzy razy szybciej.
Harry Styles doprowadzał mnie do najcudowniejszego szaleństwa.
                                          *
Uczucie, które towarzyszyło mi podczas drogi do baru wypalało mnie od środka. Krew buzowała mi w żyłach, nerwy paliły z żądzy zemsty, a dłonie zaciskały się w pięści, marząc o chwili, gdy dotkną twarz, która przyczyniła się do mojego cierpienia. 
Gdy otrzymałam telefon od Josepha, mojego pracownika, który poinformował mnie, że w barze złapali jednego ze Smoków, niemal oszalałam. Czekałam na ten moment wieki i gdy już traciłam nadzieję, że uda się nam jakoś odegrać na tych pieprzonych kanaliach, nagle wchodzimy na szczyt i mamy asa w rękawie. 
Tak samo podekscytowani byli Wren i Harry, którzy także nie mogli sobie odpuścić widoku naszego wroga. To był nasz ruch i nie mogliśmy go zepsuć.
Pchnęłam ciężkie drzwi, po czym weszłam do pubu, w którym nie było nikogo oprócz moich pracowników, nowego kelnera i naszego małego smoczka. 
- W końcu! - wykrzyknął Jospeh, a jego brat bliźniak przestał bez celu bębnić palcami w stolik. 
Otworzyłam szerzej oczy, a na ustach pojawił się diabelski uśmieszek, gdy spostrzegłam ciało chłopaka, leżące na brudnej ziemi.
- Kto to jest? - spytałam, podchodząc blizej.
- Nie przedstawił się, ale jest jednym z nich.
- Skąd ta pewność?
- Wychodził z ich kryjówki - rzekł Marcel.
- Świetnie, więc obserwujcie ich dalej, a go zostawcie mnie. 
- Chciałaś powiedzieć nam - Harry położył dłoń na moim ramieniu, patrząc na naszego więźnia jak na kawałek mięsa. - Żegam - tym razem spojrzał wymownie na bliźniaków, którzy skinęli sztywno głowami, po czym odeszli. 
Obeszłam dookoła ciało, oceniając swoją ofiarę, która za chwilę miała zginąć w okropnych katuszach. Był młody, szczupły, niezbyt wysoki - mógł mieć najwyżej 170 cm. Burza jego ciemnych włosów przysłaniała jego twarz, ale wiedziałam, że był nieprzytomny. 
- Ocućie go - powiedziałam, a Wren od razu się tym zajął. 
Po chwili nasza mała śpiąca królewna wróciła do żywych i została przywiązana do krzesła.
Miał duże, brązowe oczy, które teraz wyrażały tylko przerażenie. Oddychał szybko, a na jego pucatych policzkach pojawiły się czerwone rumieńce. Cholera, to było dziecko! Mógł mieć najwyżej siedemnaście lat!
- Ja nic nie wiem - jąkał się, a jego ramiona zaczęły się trząść. 
- Kim jesteś? - zadałam pytanie, opierając się o ścianę, która emitowała dziwnym chłodem.
- Proszę, jestem niewinny!
- Zamknij się! - krzyknęłam, na co wzdrygnął się jakby dostał biczem po gołej skórze. 
- Odpowiedz na pytanie - zażądał Harry.
- Dodge Clock.
Otworzyłam umysł i zaczęłam szukać w jakiejśkolwiek informacji, która mogła mi kojarzyć się z tym nazwiskiem. Myślałam bardzo długo, bowiem w tym czasie Harry zdążył uderzyć  Dodge dwa razy, kopnąć go i rozciąć ucho scyzorykiem, który nosił w kieszeni. Jak to mówił kiedyś Noel? Ah, tak - "Kieszonkowy zestaw na wypadek, jeśli trzeba by było kogoś poćwiartować.". 
Clock, Clock, Clock, coś mówiło mi te nazwisko, ale właściwie nie wiedziałam co. Dzwony biły, ale nie wiadomo w jakim kościele i to sprawiało, że zaczynałam wariować. I gdy miałam już się poddać, doznałam olśnienia, które oby było błędne.
- Isaac Clock! 
- Niemożliwe - wywrócił oczami Harry. - Przecież to jest...
- Gangster z Kanady, który wraz ze swoją zgrają są nie do opanowania? A i może zapomniałeś, ale są znani z wysadzania! - krzyknęłam, po czym zwróciłam się do Dodga - Jesteś z nim spokrewniony?
- Nie mogę... - wyszeptał, gorączkowo kręcąc głową, ale bądźmy szczerzy; nie miał nic do stracenia. 
- Mów! 
- To mój starszy brat.
- Cudownie - uśmiechnęłam się jak psychopatka, a następnie nachyliłam się nad nim. - Wiesz co zrobiliście mojej załodze? Mojej rodzinie i przyjaciołom? Jesteś tego świadomy?
-Isaac nie pozwala mieszać mi się w te sprawy, z resztą nawet sam nie chcę! Ja tylko czytam, lubię czytać, lubię książki.
- A jaka jest twoją ulubioną? - uniosłam jedną brew ku górze.
- Co do cholery, Bates? - prychnął Styles, ale go zignorowałam. 
- Więc? - ponagliłam go. 
- "Harry Potter".
- Wiesz, źle trafiłeś, bo ta książka opowiada o przyjaźni, odwadze, lojalności i zmienianiu swojego przeznaczenia - zaczęłam wymieniać, patrząc prosto w jego ciemne tęczówki. - Ale twoi znajomi zniszczyli moich przyjaciół, odebrali wielu z nich odwagę, a nawet lojalność i wiesz, co dotyczy ciebie? To, że ty nie zmienisz swojego przeznaczenia, bo mój drogi zginiesz i to z moich rąk.
I te słowa sprawiły, że nagle zaczął krzyczeć i płakać jak dziecko. Błagał o litość, zalewał się łzami, składał ręce jak do modlitwy, ale nie miałam w sobie współczucia. To była kara, na którą zasłużyli, niech Smoki choć na chwilę poczują, to co czułam ja, gdy krzywdzili moich bliskich. To był pierwszy, dobry cios, który mogliśmy im zadać i nie było pieprzonej mowy, abym sobie odmówiła tej przyjemności. 
Chwyciłam go za szyję, wbijając długie paznokcie w jego skórę i patrzyłam jak dusi się i walczy z bólem. To było takie piękne, że miałam ochotę to nagrać i puszczać codziennie przed snem, aby się zrelaksować.
- Chwila! - obróciłam się i puściłam go, słysząc męski głos, który należał do przerażonego barmana. - Nie musicie go ranić!
- Za chwilę wracam - zwróciłam się do chłopaków. - Utnę sobie pogawędkę z naszym nowym znajomym.
Pewnym krokiem zbliżyłam się do mężczyzny i skinęłam na niego, aby podążał za mną. Usiadłam przy barze, a on zajął miejsce tuż za nim, co chwilę zerkając za moje ramię, aby ocenić szanse "więźnia".
Miał krótkie, ciemne włosy, oczy, które wydawały się być bardziej szare niż niebieskie, mocno zarysowaną szczękę i muskularne ramiona. Można by rzec, że był przystojny.
- Burbon - rzekłam, po czym spojrzałam na plakietkę przyczepioną do jego bluzki, na której napisane było jego imię. - Mike.
Mike szybko wykonał nasze zamówienie, a po chwili upiłam duży łyk pysznego alkoholu. Oblizałam usta, czując przyjemne szczypanie w gardle i ciepło rozchodzące się po moim ciele, tak tego było mi trzeba.
- Od kiedy jesteś w Doncaster? - spytałam, bo byłam pewna, że nie mieszkał przedtem w tej przeklętej dziurze. 
- Tydzień - odpowiedział sztywno unikając mojego wzroku.
- I zapewne wiesz z kim masz do czynienia. 
- Oczywiście - jego strach był wręcz namacalny i niestety, ale zrobiło mi się go po prostu żal.
- Słuchaj, Mike - zaczęłam, obracając pustą szklankę w dłoni. - Jeśli chcesz żyć tutaj całkiem dobrze i mieć z nami neutralny kontakt, to jedyne co musisz zrobić, to przestrzegać pewnej prostej zasady; nie mieszaj się w nasze interesy, bądź przydatny i nam nie przeszkadzaj.
- Postaram się. 
Przez chwilę go obserwowałam, szukając w nim jakiejś cechy, która mogłaby mi w nim nie pasować, ale nic takiego nie zauważyłam. To dobrze, prawda? 
Próbowałam porównać go do Jim'a, ale to było okropne porównanie, zważywszy na to, że gdy Jim zobaczył mnie pierwszy raz powiedział -  "Hej, mogę Ci coś polecić? Mamy dobre czeskie piwo.", a gdy mu odpowiedziałam - "Żartujesz sobie ze mnie?", on rzekł - "Sam się sobie dziwię, przecież te paskudztwo jest okropne!".
Oczywiście ja miałam na myśli jego stosunek do mnie, który był luźny i taki zwykły, a on pierdzielił mi o głupim piwie czeskim, które kochał Kevin! Głupie, ale jedno z moich lepszych wspomnień.
- Effie, dołącz do zabawy!
Po chwili wróciłam do katowania biednego braciszka Issaca. Nie mogłam się doczekać dnia, w którym miałabym szansę napluć mu w twarz i zmieszać z błotem, jednak na razie musiałam zadowolić się jego młodziutkim i niewinnym bratem.
- Coś nie tak, Dodge? - spytałam, udając przejętą. - Boli cię coś?
- To nie moja wina - szeptał, łapiąc ciężko oddech. - Puśćcie mnie, błagam.
Pokręcił przecząco głową, a ja uniosła- Odpowiesz nam na kilka pytań - odezwał się Wren. - Co planuje twój brat?
- Nie wiem. 
- Jaka jest wasza taktyka? Co zamierzacie?
- Nie wiem! 
Wywróciłam oczami zirytowana, a Wren zabrał scyzoryk Harry'emu i zaczął wbijać go w ciało chłopaka. Słuchałam jego wrzasków i zastanawiałam się, czy mówił prawdę. Naprawdę nic nie wiedział? Przez chwilę myślałam nawet żeby go oszczędzić, bo może był faktycznie niewinny, ale po chwili przypomniałam sobie o Wendy i o tym, że ona także była niewinna. 
Chciałam informacji i musiałam je dostać.
- Nic nie powie - powiedział cicho Styles. - Albo rzeczywiście nic nie wie, albo jest tak głupi, że naraża swoje życie.
- I tak byśmy go zabili - stwierdziłam.
- Ale szybciej gdyby współpracował.
- Kogo oszukujesz, Harry? Jasne, że byśmy tak nie zrobili! Już tacy jesteśmy - zabijamy, bo lubimy i robimy to powoli i boleśnie.
Znowu zatraciłam się w uczuciu nienawiści i postanowiłam wyżyć się na małym smoczku, który sobie na to wszystko zasłużył. Chciałam potraktować go tak samo brutalnie jak jego brat potraktował moich ludzi. 
- Wren - zwróciłam się do przyjaciela, który skinając głową, odszedł od Dodge. Teraz była moja kolej. 
Wyjęłam z tylnej kieszeni noż, podchodząc bliżej zdesperowanego chłopaka. Jego krew na moich rękach, jego głębokie rany - pragnęłam tego.
- Zabiliście Franka - mówiłam. - Wiesz co czuliśmy?
Pokręcił przecząco głową, a ja uniosłam dłoń, po czym z całej siły wbiłam nóż w jego udo, sprawiając, że zaczął wrzeszczeć. 
- A wiesz co się stało z Wendy? Była taka niewinna - i kolejny cios.
Przecinałam jego skórę, patrząc na to z ogromną fascynacją, jakby to było najpiękniejsze przedstawienie teatralne. Krew spływała po moich dłoniach i znajdowała się na mojej koszulce, a Mike uciekł do zaplecza, bowiem nie miał sił na to patrzeć. 
Byłam tak cholernie złym człowiekiem, ale nie mogłam tego zmienić, musiałam tylko zabijać, aby ukryć swój wstyd i poczucie winy. 
Wypuściłam nóż z dłoni, który z hukiem upadł na podłogę, a potem odwróciłam się plecami od chłopaka i zaczęłam zmierzać ku wyjściu, uprzednio mówiąc:
- Skończcie z nim. 

Od Autorek:Witajcie! Bardzo przepraszamy, że rozdział pojawił się dopiero teraz, ale brakowało nam weny, czasu i jakoś nie potrafiłyśmy ubrać tego rozdziału w słowa. Mamy nadzieję, że jednak wam się podoba i że kolejne będą dodawane bez poślizgu.
Co uważacie o sprawie z Travisem i torturowaniem Smoka?
Czekamy na Wasze opinie :)
Dziękujemy za komentarze i mamy nadzieję, że tutaj także pojawią się w tak dużej ilości.
Przepraszamy na błędy, które na pewno się pojawią.
I przypominamy także o asku :)
Miłego tygodnia! :)

15 komentarzy:

  1. omfg zajebisty ♥
    niedawno trafiłam na tego bloga i muszę powiedzieć, że jestem pod ogromnym wrażeniem
    już poleciłam go moim znajomym, którzy też są zadowoleni z tego jak piszecie
    macie wielki talent :)
    czekam z zniecierpliwieniem na kolejny rozdział :)
    życzę weny i do nn :)
    pozdrawiam ~Avalon ♥♥♥

    OdpowiedzUsuń
  2. O.M.G.!!! Dlaczego to jest takie kurewsko wspaniałe??? <3 <3 <3 szkoda mi tylko tego chłopaka xD ja nie nadawałabym się do gangu xD ale z drugiej strony Effie ma racje... Wendy też była niewinna, a zginęła :( no, w każdym bądź razie xD kocham, kocham kocham mocniutko ;*** warto było tyle czekać <3 ^^ życzę wenki i czekam z niecierpliwością na next! <3 ;***

    OdpowiedzUsuń
  3. Boski! Świetnie piszecie wszystko jest dopracowane do ostatniej literki, brak błędów, po prostu cudo :-) czekam na następny

    OdpowiedzUsuń
  4. Boże to jest genialne. Po prostu nie mogę znaleźć słów, żeby to opisać. Powiem tyle, że już kocham to opowiadanie i z nie cierpliwością czekam na następny rozdział. ♥

    OdpowiedzUsuń
  5. Tylko to mogę napisać ( bardziej pokazać)
    <333

    OdpowiedzUsuń
  6. Wspaniały jak zawsze kochana. Nie mogę nadziwić sie twoim talentem pisarskim. Wszystko jest tak spójne. No już nie wspomnę o fabule idealnie @love_hariana :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Wow co za rozdział <3 tak trzymaj kochana @mortajuliana

    OdpowiedzUsuń
  8. Wow * .* Zajebisty rozdział :) Chyba trochę się pogubilam xd Czekam na nexta ;) Życzę weny c:

    OdpowiedzUsuń
  9. Genialnie piszecie ! Świetny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  10. świetny rozdział <3 kocham ! <3

    OdpowiedzUsuń